och, karol
jest sobie karol maliszewski, poeta i krytyk, którego miałem okazję poznać kilka lat temu w tzw. realu. kiedy szukałem znanych mi osób na facebooku, zobaczyłem, że wielu moich znajomych ma go na liście kontaktów, więc nie zadrżała mi ręka, gdy wciskałem przycisk [add as friend]. potwierdzenie przyszło po kilku godzinach.
karol korzysta dość intensywnie z facebooka. wkleja quizy, gra w farmville, wkleja teledyski lady gagi. cóż, mamy wiele oblicz. trzeba pogodzić się z faktem, że po napisaniu kolejnego wiersza o śmierci (karol dużo pisze o śmierci) trzeba się wyluzować przy czymś lżejszym. ale po pewnym czasie nabrałem wątpliwości. nasycenie lady gagą było zbyt intensywne, a czas spędzony w mafia wars zbyt duży jak na pracowitego krytyka jakim jest karol.
potem to już wystarczyło rzucić okiem w zdjęcia w facebookowym fotoalbumie, żeby zobaczyć, ze zaprzyjaźniłem się z całkiem innym karolem, o wiele młodszym i nie mającym nic wspólnego z moim znajomym.
#wstydliwe_wyznania
ale, żebym to był tylko ja! dało się nabrać przynajmniej 100 innych osób! co więcej, każda osoba uczestniczyła w uwiarygodnieniu tej osoby („skoro ma go w znajomych X i Y, to na pewno jest *ten* karol).
jakiś morał? pkf = patrz kogo „friendujesz”? ale jak mam patrzeć? zdjęcie niewyraźne. ok, jest data urodzenia, ale mógłbym przysiąc, że kiedyś jej nie było. galerie zdjęć dostępne tylko dla znajomych. mamy wielu wspólnych friendsów (a także „potencjalnych” wspólnych znajomych). karol potwierdził, że mnie zna… na jakiej podstawie mam przypuszczać, że to nie on? :)
pewnie ze wzrostem popularności facebooka takie qui pro quo będą się zdarzały coraz rzadziej.
ale pojawia się też inne pytanie: o znaczenie „bycia znajomym” (to się przekłada na znaczenie bycia fanem, wczoraj przedstawiciel n-k dużo o tym mówił, ilu to fanów mają rozmaite profile, ja się pytam: i co z tego?). czy faktycznie to, co jest publikowane na facebooku (naszej-klasie, blipie, twitterze) jest czytane? skoro nikogo nie zdziwiły informacje, które wysyłał karol, a które, uwierzcie mi, nie przystawały do obrazu, jaki mają ci, którzy znają „prawdziwego” karola. innymi słowy: co z tego, że dodajemy, skoro potem nie czytamy? albo czytamy, ale właściwie nie przetwarzamy.